środa, 9 stycznia 2013

odnalezione

21:30 (15:30 wPL) SiemReap Riverside Cambodia
Trzy stanowiska internetowe (free) zaraz przy portierni. Mam pierwsze z lewej, Hiszpanka po mojej prawej, i dalej dwie Francuzki. Elegancki młody portier w białej, hotelowej, może tradycyjnej koszuli, z pionowym czarnym pasem na którym przyszyto dość gęsto guziki. Od szyi aż do czarnych, długich spodni. Jest bosy. Miły, cichy, spokojny. Widać że ostrożny. Albo jest gejem. Dzieciaki za mną, w telewizorze kineskopowym klasy „wielkie pudło” oglądają lokalną stację o nazwie „24” (czerwone liczby w żółtym owalu) program a’la śmiechu warte. Jak zauważyliśmy inne absorbujące Khmerów programy to między innymi „ściana” (teleturniej w którym styropianowa ściana z otworami w kształcie sylwetki człowieka, wśród aplauzu, spycha naprzemiennie do basenu, zawodników dwóch konkurujących drużyn), wszelkiego typu karaoke (gdzię piękne, melodyjne śpiewane słowa przedstawione w formie zmieniających kolory khmerskich krzaczków biegną w dole ekranu jak szalone), i inne opery mydlane. Co prawda lokator na przeciwko pokoju 311, przy uchylonych drzwiach ogląda podkręcone na cały regulator porno (okrzyki rozkoszy niosą się po całym korytarzu w różnych godzinach między 20:00 a 2:00), ale nie stwierdziliśmy ostatecznie czy to azjatyckie porno czy pospolite niemieckie, szwedzkie lub inne. Taka dygresja apropos ludzi którzy przyjeżdzają. Czy szukają anonimowości? Na pewno ją tu znajdą. Spokoju i wyciszenia? A może wrażeń, zachwytów nad naturą, ludźmi, odmiennością, kulturą, zabytkami, historią? To też zajdą. Kmerowie są uprzejmi, pomocni, tolerancyjni, przyjacielscy, weseli, kulturalni, honorowi, dumni. Tak przynajmniej ja ich odebrałem. Piękny naród. Obraz wiszący na ścianie za komputerami przedstawia w pełni to piękno. Cztery klęczące na prawe kolano panie odbierają kwiat od stąpającej, a w zasadzie płynącej w powietrzu, królowej. Tradycyjne długie spódnice i piękne białe bluzki, bransolety na rękach, wieże na głowie, bose stopy z bransoletami na kostkach, uśmiech, powaga, dostojeństwo, duma, spokojna radość. Swoją drogą po lewej, zaraz obok, na filarze wisi mały zwój z podobieństwem buddy. Ta religia przenika i chyba buduje ich charaktery. Poniżej podobieństwa buddy wisi tradycyjny instrument. Muzyka też jest im bliska, to widać i słychć. Przykładowo, gdy mała kmerska dziewczynka sprzedająca za „łandolar” widokówki, magnesy i bransoletki pod świątynią, podczas przerwy między turystami zacznie sobie podśpiewywać wesoło.
Są piękni.
Ale do rzeczy.
Dziś pobudka nie tak bolesna jak wczorajsza o czwartej. Choć też się nie chciało. Od razu przejście na taras zaraz nad nami i śniadanie. M. buja się w hamaku. K. popija kawę. O. po chwili dochodzi. Kawa w wysokim kubku i naleśniki z bananami. Słabe. Podrasowałem je tymi małymi bananami, a pod koniec dodakową warstwą pokrojonego ananasa. Lepiej  Za nami grupa 9-więciu Poplaków którzy odpoczywali w Sajgonie i wpadli na 2 dni do Siem Reap. Stanowczo za mało czasu. Podzieliliśmy sie doświadczeniami ws. TukTuków, najlepszychch świątyń i ogólnymi wrażeniami. Oni podzielili się wrażeniem potwierdzającym opinie kardiochirurga z Bangkoku – Wietnam jest mniej przyjazny, ludzie mniej mili, kraj trochę skomercjalizowany i nie tak czysty.
Przerwa.
Zdjęcia z dnia dzisiejszego skończyły się kopiować. Pooglądam parę. .. chwilę i fajka-przy-wyjściu-zagaszonego-w-popielniczce-z-piaskiem-nad-którą-po- suficie-pełzały-seledynowe-jaszczurki później. Na czym to ja?...
...po śniadaniu. Szybkie pakowanie najpotrzebniejsze rzeczy: niezniszczalny telefon, pastylki na kszel, zeszyt, długopis, przewodniki, krem do opalania i mugga, chusteczki, gumy do żucia, spódnica O.by nie drażnić tubylców na górnych piętrach świątyń (z powodu wiatru wywołanego szalonym pędem 30 km/h TukTuka Somrosa użyta ostatecznie jako pled podczas powrotu), peleryna przeciwdeszczowa, czołówka (przydała sie do oświetlania i niechcący wkurzania nietoperzy), grzebień (w sumie też wykorzystany) i oczywiście woda. Duuużo wody. Uzupełniona standardowo zaraz po wyruszeniu. „Sir, could you stop for water please?” Somros podjeżdża jak zawsze usłużnie (ale nie jak sługa panu, bardziej jak dobrze opłacany szofer pracodawcy) pod jakiś budynek przed którym wystawione są lodówki i straganik z rzeczami pierwszej potrzeby (np. fajkami – dolar za dwie paczki), oraz dwiema beczkami (jedna z ropą druga z benzyną). Paliwa dystrybuowane manualnie przez kręcenie korbką pompki. Na pytanie, Somros potwierdza że to interes jakieś dalszej rodziny. Super. Lubimy wspierać family business. Z tego samego przecież powodu podjechaliśmy do jego znajomej po raz drugi na kolacje - jadłodajnia nr29 przed Bayonem. …choć w sumie głównym powodem było jednak to że jedzenie było wyborne. Wzbogaceni w bezcenną wodę ruszamy do pierwszej świątyni. I tu mam problem... Przez te trzy dni natłok ich piękna, mimo tego że każda jest inna już zlewa mi się w jedno. Chronologię odwiedzin będziemy odtwarzać na podstawie zdjęć i notatek nanoszonych w drodze tuk tukiem na mapę. Świątynie są tak piękne że aż brak słów. Dziś, z tysięcy obrazów które mnożą się z każdym krokiem podczas spacerów wśród ruin (choć to nie do końca dobre słowo, biorąc pod uwagę ich świetny stan jak na prawie 1000 lat) wymienię tylko parę. Natomiast najważniejsze jest wrażenie dynamiki zmian po zatopieniu się w ten świat. Każdy krok, zmienia perspektywę. Każdy krok dalej powoduje odkrycie czegoś nowego. A to jakiegoś bloku skalnego (fragmentu świątyni) porośniętego mchem, a to jakiegoś drzewa wyrastającego zdaje się z kamienia, a to jakiegoś oczka wodnego, fosy jeziorka, czy kolejnej konstrukcji: wieży, komnaty, korytarza czy tarasu. Z tych elementów w zasadzie tworzy się wszystko. Ale złożone w całość zapiera dech z każdym krokiem. Metoda zwiedzania: po kilku krokach należy się zatrzymać i rozejrzeć dookoła. Koniecznie. Ponieważ za plecami pojawiają się rzeczy o których się nie śniło. Największym problemem człowieka staje się wybór kierunku przemieszczania. W ostatniej świątyni, wyszedłem tylko na chwile przed jedno z wejść zrobić zdjęcie. Wróciłem do grupy po pół godziny z bananem na twarzy, ciarami na ciele i spływającymi ze mnie strumieniami potu. Okazało się że na końcu tarasu prowadzącego do świątyni (miejsca z którego chciałem mieć ujęcie całej fasady) dostrzegłem mniejszą świątynię, w zasadzie świątynkę, położoną nad małym oczkiem wodnym (może fragmentem pozostałym z mniejszej fosy?). Gdy do niej doszedłem dostrzegłem dalej ładnie poukładane i odświerzone bloki skalne z naniesionymi numerami, oraz konstrukcję do ich podnoszenia. Co, ja nie podejdę? Za nią pojawiła się w oddali brama wejściowa. No nie… Podejdę, a co! Aluminiowe rusztowane które przekrywało całe wejście dodało nawet specyficznego kontrastowego uroku. Aluminium na tysiącletnich kamieniach w otoczeniu dżungli. Za bramą fosa i pomost z czterotwarzowymi gigantami którzy ciągną węża. Ok. Koniec ? hmmm, tam dalej chyba widzę jakieś słupy. Gdy już przy nich stałem zobaczyłem że przez dżunglę prześwituje jakaś woda. Kolejne jezioro ? Sprawdzę. Widok był piękny. Starożytny zbiornik wodny otoczony dżunglą...cholera, a może to była rzeka? Muszę sprawdzić na mapie. Widok odbijającej się w wodzie dżungli i białych chmur na tle niebieskiego nieba – bezcenny. Fajnie? To nic w porównaniu z tym, jak wyglądało kluczenie po zakamarkach świątyni przy powrocie. Szukałem grupy i z dreszczem emocji robiłem to celowo szybkim krokiem, ponieważ wrażenia podczas szybkiego przemieszczania się korytarzami ruin potęgowało chęć zgubienia się. Niestety po 10 minutach odnalazłem swoich. Ale wystarczyło. Wspomnienie zostanie. I tym oto sposobem opisałem ostatnią świątynie na dzisiejszej liście. Przed nią była schowana w buszu i otoczona wałami strzelista świątynia na jeziorze. Co prawda nie można było do niej wejść, ale prawiekilometrowy spacer drewnianym pomostem, szybkie zdjęcie odbijającej sie w wodzie dżungli, pies gwałcący nogę leżącego na pomoście kolegi, wystarczyły. Wcześniej, świątynia w której złapał nas deszcz. Być zamkniętym na chwile w otwartej komnacie podczas deszczu. Móc wyjść i tańczyć w ciepłych strugach mokrego z nieba. Przejść po błocie które momentalnie tworzy sie z czerwonej ziemi. Droczyć się z Khmerskimi dziećmi które chcą Ci sprzedać cokolwiek by żyć (lub nie dostać lania w domu – tego nie jestem pewien) i wiedzą że stolicą Polski jest Warszawa (…i chętnie powiedzą Ci o tym za jedynie jednego dolara). Tak to wszystko znów kiedyś robić chce. Już o tym wiem. Jeździć tuktukiem przez dżungle, prostą drogą prowadzącą wzdłóż plantacji mango. Mijać szkoły otoczone dżunglą, w których dzieci chodzą w jednolitych mundurkach i śmieją sie radośnie (lub i mniej). Jeść przepyszny Amok z szejkiem mango, podkradając towarzyszom podróży szejki bananowe lub testując czy ich nuddle z imbirem i ryba są lepsze. Słyszę deszcz na zewnątrz hotelu. Idę mu się przyjrzeć z bliska.

poniedziałek, 17 grudnia 2012

żywioł

the City. Ktoś szyje barana, a ja czytam i czuje. Życie, tętno, krew, pożar gorąca, mistycyzm, uniesienie, odraza, obawa, pewność, szacunek, pogarda, szarość i feria barw. Feria barw obezwładniająca w przepychu przeważa. Kontrast i jedność. Jasność i mrok. Powaga i żart. Gniew, rozterka i szczerość z uśmiechem. Ciąg przyczynowo skutkowy. Logika i absurd połączony z chaosem. Spokój, piękno, równowaga, różnice, ryba, prostytutka, krab, brud, ulica, alkohol, zagubienie. Wszystko. Bangkok. Jestem tam. Wracam tam. A chwilowo: zinnejbeczki.wordpress.com


środa, 7 listopada 2012

SiemReap

Pierwsza w nocy. Wychodzisz sobie kulturalnie uzupełnić zapasy browaru i słyszysz odglos skutera uderzającego o ziemie. Odwracasz się, paczysz, leży. I ta myśl. Podejść zapytać czy wszystko ok, czy iść dalej. Nature masz łagodną i gotowa do niesienia pomocy w każdych okolicznościach (niezależnie od wszystkiego),wiec idziesz. Bład? Młody Kmer, narąbany jak szpak siłuje się z skuterem. Klapki porozrzucane na ulicy. Biała koszulka i czarne spodnie uwalone błockiem. Patrzysz w oczy, pytasz: "Sir,are you OK?" I w odpowiedzi słyszyszysz, Jes. Ale widzisz również kosmatą panikę w pijaniusieńkich oczętach. Chwile później jedziesz jego skuterem z chwiejnym pasażerem z tylu.. w miasto nocą. Fajne mają te skutery. Gładko się prowadza. Zatrzymujesz się przy pierwszym lepszym tłumie, wyhaczasz pierwsza lepsza osobę gadającą niebełkotliwym od alkoholu angielskim, i próbujesz uzyskać odpowiedz na frapujące Cie pytanie, które do tej pory pozostaje bez odpowiedzi. Jak daleko mieszka towarzysz podroży bo podróżnicza rodzina zaraz zacznie się martwic. Dowiadujesz się ze niedaleko, ze przyjaciel przejażdżki załatwi kierowce na powrót i ze nikt z nowo zapoznanego tłumu nie odwiezie go za ciebie. W sumie nie nalegasz bo sytuacja staje się interesująca. Wiec jedziesz dalej w nocną ferie barw, zapaachów, kolorów, gwaru i adrenaliny. Pasażer pokazuje gdzie jechać lub przytakuje gdy wskazujesz prosto. Ostatecznie parkujesz przy grupie młodych kmerow, a towarzysz podroży idzie po swojego chłopaka, który ogarnia sytuacje. Woła innego kolegę na skuterze, daje mu dolara i prosi by odwiózł cie do hotelu riverside gdzie wszystko się zaczęło. W międzyczasie przejeżdża najśliczniejszy skuter jaki w życiu widziałeś. Cały obwieszony kolorowymi ledami - świąteczna choinka na dwóch kolach. Opłacony kierowca zawozi cie do hotelu, wcześniej zatrzymując sie w jakiejś knajpce by dopiąć ustalonego wcześniej dealu. Five dolars for ten beers. Dochodzi do nieporozumienia bo za 5 dostajesz 5, ale kończy się ugodowo na 5 za 3. W sumie poszedł, kupił, niech coś z tego ma. Dla pewności dostaje jeszcze 500 raili i jedziemy do hotelu. Wysiadasz wcześniej (wszka noc taka młoda:) bo 5 to nie 10,dogadujesz się z wcześniej zapoznanym ojcem rodziny, i z tak uzupełnionym zapasem wracasz do swojej rodziny. Czas akcji - ok 40 min. Wrażenia - bezcenne. Faktycznie... moglem zabrać telefon. Czas wszystko wypacza :)

poniedziałek, 5 listopada 2012

riverside

Na hamaku,tyle ze nie w Bangkoku,a na dachu kmerskiego hotelu. Jaszczurki na scianach rozprawiaja sie z wiekszymi robalami. Z mniejszymi rozprawiam sie sam. Z komarami rozprawia sie mugga. Choc jeden skubany sie przedarl. Dengaaaaa:-) Druga puszka (tym razem Angkor) otwarta.Fajek za uchem. Zolta zarowka nademna. Dziewczyny dyskutuja na zewnatrz. Zaklucaja je swierszcze,silniki skuterow i tuktukow,oraz gdzies z pomieszczenia obok labamba. Pociagam lyk,wkladam fajka do ust,rzucam spojrzenie na widok z czwartego pietra na to piekne,spokojne miasto pogrozone w tropikalnym mroku. Przydala by sie sterta ksiazek i trzy miesiace do ich przeczytania w zaulkach kamiennych reliktow starozytnej kultury...moze kiedys. Musze jutro zalatwic wizytowke od jednego goscia...odpalam zapalniczke