3.04.2009, 2:02
…albo inaczej „Total destruction once again”. Krótko mówiąc właśnie tak to wygląda, gdy przez 4 dni koledzy z Grodu Kraka wpadają do stolicy w interesach. Dzieje się dużo i intensywnie. Na tyle dużo i na tyle intensywnie, że zaczynam się zastanawiać czy to ciągle ten wszechświat i ta jaźń Jest ciężko i pracowicie w tworzeniu okazji i koordynacji imprez towarzyskich w Bazyliszku i innych spelunach, ale dajemy radę. Staramy się z wszystkich sił, aby nie zapomnieć, że w życiu im spokojniej podchodzi się do spraw wielu, tym lepszy efekt można uzyskać. Potencjalny kontrakt na bagatela 0,5 mln PLN też może się trafić na dobrej fazie z rana. Trzeba się tylko trochę wyluzować, pomodlić i poczekać. Oczywiście nieodzowne są dopalacze w stylu kawa i papierosy. Czasami coś mocniejszego. Byle by nie wyczuli. Byle stwarzać resztki pozorów, że z tobą jest wszystko ok. Jak na razie się udaje i to z całkiem dobrym efektem. Ale może to znów wytwór wybujałej jaźni. Tak czy inaczej jest zajebiście. Ludzie są coraz bardziej wyzwoleni i odpowiedzialni za swoje życie. W każdym aspekcie. Od obowiązków ojca matki po powinności związane z dostarczaniem swojej duszy regularnie pokarmu w różnej postaci. Jakiej zapytacie? Najprostszej. Krótkiej, miłej rozmowy ze znajomym. Wysłuchania kazania. Wypicia browaru w doborowym towarzystwie z szaszłykiem. Spaceru późną nocą z metra Wierzbno aż po skraje Mokotowa. Czeskiego towarzysza podróży. I jednego bardzo pozytywnego pojeba. Błogo i cudownie. Radośnie i kojąco jest kiedy duszy dostarczasz pokarmu. Czy to jest nieodpowiedzialne? A co jest? A dlaczego nie mam najpierw kochać siebie i dawać sobie tego co miłe? Może to brzmi dla niektórych jak tłumaczenie, ale czy jesteśmy w stanie ogarnąć i spróbować zrozumieć jak to dla kogoś może być ważne? Jak istotne? Że to może stanowić cząstkę pięknego świata, wewnętrznej kreacji małego chłopca, która teraz przybiera rzeczywisty wymiar. Od zrozumienia siebie jako jednostki, swoich potrzeb i celów, poprzez równoległy nieustanny szacunek do indywidualności innych, aż po ich zrozumienie. Niesamowicie realne stają się marzenia każdej maści jeżeli tylko o nich mocno myślimy. W moim przypadku zawsze marzyłem o tym by być mądrym. Po prostu, ludzko mądrym. Moim ulubionym fragmentem Starego Testamentu (jak dziś nocą wracając upodlony z imprezy stwierdziłem) jest odpowiedź Salomona Bogu na pytanie czego pragniesz. Mógł gość wybrać wszystko (wszak Bóg pytał). Poprosił o mądrość. Umiejętność zrozumienia ludzi i ich problemów wraz z darem dobrego osądu. I dostał to. Nie tyle sądził co nauczał. Podpowiadał. Sugerował alternatywy. Pokazywał, że można spróbować spojrzeć na problem z innej perspektywy. Choćby perspektywy drugiej strony. Prosta sprawa. Spróbujcie kiedyś nie osądzać. Polacy, rodacy… W każdym razie. Mądrość wynikająca ze zrozumienia ludzi była moim marzeniem od zawsze. Uparcie zgłębiałem otoczenie i dziś zobaczyłem wyraźną jaskółkę efektów. Co prawda skubana już chwilę krążyła dookoła, ale jakoś teraz dopiero spojrzałem jej w twarz. Od jakiegoś czasu coraz częściej słyszę, lub widzę w spojrzeniach ludzi, że jestem mądry. I choć to z gruba przesadzona sprawa jest, bo do Salomona to jeszcze kawałek (człowiek upada zbyt często), to jednak jaskółka mówi mi „Chyba jest nadzieja, że robisz coś dobrego”. Chciałbym. Jednocześnie chciałbym częściej wychodzić na imprezy w stylu Drum & Basssse. Chciałbym kiedyś trafić na jakąś na której puszczą High contrast.
Bardzo piękne marzenie miałeś...
OdpowiedzUsuńTrzymam kciuki! :)