Przygotowuję się właśnie na spotkanie w Orlenie, zastanawiając się raz jeszcze po co to wszystko, gdy wtem zza otwartego okna słyszę przechodzące dzieciaki:
- Dziewczynka (spokojnym acz dumnym tonem): "a ja mam najdroższy rower w klasie"
- Chłopczyk (wzburzony, bełkoczaco-kipiący): "najdroższy??!! Ty byś widziała ile kosztuje rower mojego brata lub ojca"
- Dziewczynka, niezmiennie tym samym tonem: "ale ja mówię o klasie".
I odwieczne pytanie - gdzie "być"? Albo lepsze - "jak utrzymać balans". Bo mieć też chce. Będąc. So, show me the money! Choć głęboki smutek powodują takie teksty. Tak jak puste kapliczki w których już nikt nie chwali łąk umajonych. Świat się zmienia? Zatraca? Mi wydaje się pulsuje...a my durni czujemy się tacy ważni. Niech tam będzie. Ale koniec z włażeniem na moje podwórko. Nikt nie szanuje posadzonych tam róż. Zamykam się więc na spusty czy i ruszam w podróż. Rowerem kupionym prawie dekadę temu za kosmiczne 500 PLN. A gdy znów wrócę już nie zapomnę odezwać się i upomnieć. Lubię swój ogródek i rosnące w nim róże. Są moje.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz