sobota, 13 sierpnia 2011
kosmos
bez kitu. stoje wlasnie na podjezdzie,otoczony cykaniem swierszczy, w swietle ksiezyca przebijajacego zprzez strzepy porozrywanych chmur. gdzies z lewej sluchac pluskajacy strumyk. z prawej w oddali ujadanie psa. i te swierszcze. mozna ogluchnac. i mimo totalnego zmeczenia po calym dniu wsparcia rodzicieli w remoncie, kilka paneli bedzie moim wspomnieniem, i mimo trzech baniaczkow krupsniku z ojcem, ku pokrzepieniu strudzonych serc, ciagle mnie nosi. kroki z lewej. i ten ksiezyc. przesladujacy mnie od dziecinstwa. cyklicznie powtarza sie ten sam schemat. pelnia, swierszcze, droga, spacer ,ja. wiecznie. kosmicznie. stale. pieknie. musze to utrwalic. chce to utrwalic. nie musze tego utrwalac. wyryte jesst naprawde gleboko. spacer czas zaczac. naprawde jest kosmicznie...i jeszcze dzwony
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz